Z dr. Bohdanem Szuckim, prezesem Związku Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, rozmawia Adam Kruczek

Należy Pan do komitetu honorowego budowy pomnika Żołnierzy Wyklętych, który stanie w Sopocie. To szczególnie zaszczytne wyróżnienie - jako jeden z "wyklętych" reprezentuje Pan ich wszystkich...
- Zgodziłem się na uczestnictwo w tym komitecie i obiecałem, że ja i całe moje ugrupowanie będziemy wspierać budowę pomnika. Takie monumenty powinny powstawać, gdyż wiedza o naszych najnowszych dziejach jest w społeczeństwie znikoma. Liczę, że powstanie pomnika Żołnierzy Wyklętych będzie wstępem do procesu gruntownego odkłamania historii. Podkreślam: wstępem, a nie zwieńczeniem! Pomnik jest niemy, sam z siebie niczego nie powie, nawet gdy powiesimy na nim tablicę z tysiącem nazwisk. Nie kamień czy spiż jest najważniejszy, ale jego sens, a więc - komu został postawiony, dlaczego, po co, co chce przekazać. Aby obecne i przyszłe pokolenia zrozumiały ideę zwłaszcza tego pomnika, potrzebna jest jeszcze olbrzymia praca wychowawcza i działania edukacyjne. Liczę na to, że będzie on stanowić początek tych działań, a do naszego społeczeństwa z czasem dotrze prawdziwa historia o żołnierzach wyklętych.

A jak jest dzisiaj ze znajomością naszej najnowszej historii?
- Niedawno, bo w ubiegłym roku, dostałem propozycję od nauczyciela historii z jednego z lubelskich gimnazjów, abym na lekcji powiedział młodzieży coś o - jak to ów nauczyciel określił - "bitwie pod Katyniem, bo tam zginęło tylu Polaków". Mówię to, żeby zilustrować problem, że możemy krzyży katyńskich postawić nie wiadomo ile, ale bez wiedzy o agresji sowieckiej na Polskę, o mordzie katyńskim itd. one nie będą nic znaczyły, będą pustymi znakami. Często wydaje mi się, że my, Polacy, po ostatnim półwieczu, a więc po dwóch pokoleniach indoktrynacji komunistycznej, zatraciliśmy poczucie realizmu, myślenia w kategoriach narodowych, przyjęliśmy punkt widzenia naszych okupantów w ich sowieckich kufajkach. Mówimy o "wolności" po 1944 r., o "wyzwoleniu" Polski przez Armię Czerwoną... To narastało przez lata, wręcz wrosło w nasze myślenie.


Czy nazwa "pomnik Żołnierzy Wyklętych" ma szanse wyprostować te propagandowe klisze?
- Od strony semantycznej "wyklęty" jest określeniem pejoratywnym. Wiele nad tym dyskutowaliśmy z twórcą tego pojęcia śp. Jerzym Ślaskim. My wiedzieliśmy, że to komuniści nas wyklęli, chcieli wymazać z polskich dziejów. Ale obawiam się, że bez wyjaśnienia, bez edukacji historycznej ludzie tego nie zrozumieją. Bo pierwszym nasuwającym się odczuciem jest odrzucenie.
Nazwa "żołnierze wyklęci" sama z siebie niewiele mówi. Jeżeli ludzie nie będą wiedzieli albo z czasem zapomną, kto i przez kogo był wyklinany, a także dlaczego "wyklinano" tych żołnierzy, to wtedy może ona dezinformować.
Trzeba też pamiętać, że to, co dla nas jest oczywiste, za 15, 20 czy 30 lat może już takie nie być. Zwracam uwagę w różnych komisjach, do których jestem zapraszany, a także na posiedzeniach Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, abyśmy na okolicznościowych tablicach czy inskrypcjach pisali pełne nazwy, a nie używali skrótów w rodzaju UB, SB, NKWD - dla nas zrozumiałych, ale dla przyszłych pokoleń już niekoniecznie. Daję głowę, że za kilkadziesiąt lat przeciętni ludzie nie będą wiedzieli, co to był UB.

Kim byli żołnierze wyklęci?
- Prawda o tych żołnierzach jest jeszcze w zasadzie nieznana. Nie byli to ani "bandyci", jak ich malowała przez półwiecze propaganda komunistyczna, ani znani z filmowych produkcji niezłomni i niezniszczalni bohaterowie dokonujący cudów odwagi i męstwa, potrafiący godzinami strzelać bez ładowania broni. Choć żołnierze ci walczyli, i to okresami bardzo skutecznie, z systemem komunistycznym, nie mieli tak jak ich przeciwnicy - towarzysze partyjni, swojego "komitetu", "urzędu", sztabu dowodzenia, powielaczy, radiostacji, logistyki, taborów. Żołnierze wyklęci to bardzo specyficzne wojsko. Często trafiało się do niego z konieczności. To byli ludzie, na których po wyjściu "z lasu" albo czekała śmierć z rąk UB czy NKWD, albo - gdy mieli więcej szczęścia - podróż "na białe niedźwiedzie" lub po śledztwie połączonym z torturami do "polskiego" więzienia. W takiej sytuacji bez wyjścia znalazło się kilkadziesiąt tysięcy Polaków likwidowanych stopniowo przez komunistów, którzy mieli swój wywiad, listy proskrypcyjne sporządzane przez alowców, stale zwiększające się zastępy szpicli i oddziałów zbrojnych zaangażowanych w zwalczanie podziemia.

We wspomnieniach wielu ludzi z niepodległościowej konspiracji pierwszych lat "władzy ludowej" przewijał się motyw dotrwania do III wojny światowej. Dziś często przedstawia się to jako zupełnie nierealne mrzonki.
- Owszem, czekaliśmy na III wojnę światową i moim zdaniem nie były to tylko mrzonki. Istniała realna możliwość zaatakowania Związku Sowieckiego. Przecież na czołgach armii gen. Pattona były napisy "Na Moskwę". Widzieli to nasi żołnierze z Brygady Świętokrzyskiej w Czechach. A gdyby nastąpiła inwazja na Sowiety, to z pewnością należało się liczyć z wybuchem powstań narodowych m.in. w Polsce, na Węgrzech, w Rumunii, a Amerykanie weszliby w tę część sowieckiego imperium jak w masło. I byłby raz na zawsze koniec z tym wiszącym nad Polską, Europą i światem komunistycznym sierpem i młotem, imperializmem odradzającym się dziś w wersji putinowskiej. Niestety, zwyciężyła inna koncepcja, dla nas tragiczna.

Żołnierze Narodowych Sił Zbrojnych byli tymi - jeśli tak można powiedzieć - żołnierzami szczególnie wyklętymi przez komunistów.
- Byliśmy znienawidzeni przez komunistów, gdyż nasi przywódcy jako pierwsi przewidzieli zagrożenie, jakie po II wojnie światowej stanowić będzie dla nas Rosja Sowiecka. Dlatego jeszcze w czasie okupacji hitlerowskiej zaczęto rozpowszechniać propagandowe kłamstwa pod naszym adresem. Kim my, według komunistów, nie byliśmy! Najcięższy zarzut to ten, że jesteśmy współpracownikami Hitlera. I kto rozgłaszał te perfidne kłamstwa? Ci sami komuniści, którzy bili Hitlerowi brawa, gdy najechał na Polskę i gdy podbijał Europę. Do niemieckiego ataku na Sowiety istniała ścisła współpraca między Hitlerem a Stalinem, między NKWD a gestapo. Na terenie Generalnej Guberni istniało przedstawicielstwo NKWD do zwalczania polskich ruchów wyzwoleńczych. A z gestapo współpracowało nie NSZ, tylko Armia Ludowa, która wspólnie z Niemcami zlikwidowała archiwum delegata rządu w Warszawie i podzieliła się później z gestapo dokumentami. Czy tej prawdziwej historii uczy się młodzież w szkole?
Po II wojnie światowej nastąpiło pół wieku skoncentrowanej i bardzo dobrze opracowanej, wypróbowanej od kilkudziesięciu lat w Rosji Sowieckiej propagandy komunistycznej. To była naprawdę fachowa robota. Oni wiedzieli, jak to robić. I siłą, i więzieniem, szubienicą, strachem i przekupstwem, milionowymi nakładami materiałów propagandowych, za pośrednictwem kultury i sztuki, organizacji młodzieżowych - słowem - wszelkimi dostępnymi środkami fałszowano historię. Było to działanie długofalowe, perspektywiczne. Delegalizowali tradycyjne polskie organizacje i powoływali na nowo tylko "swoje", jak np. osławionych walterowców tworzonych przez komunistę Jacka Kuronia.

Walka o prawdziwą historię jeszcze się nie zakończyła, skoro tyle emocji i "świętego oburzenia" wywołuje u pewnej wpływowej grupy społecznej zapowiedź nieuznawania za polskich kombatantów tzw. dąbrowszczaków, a więc komunistów, którzy wbrew władzom II RP walczyli w Hiszpanii po stronie popleczników Stalina...
- Wprost nie ma słów na określenie poziomu tej dyskusji. Czy ludzie broniący przywilejów kombatanckich dla komunistów walczących w Hiszpanii nie wiedzą, co to jest logika? Zgodnie z ich rozumowaniem, powinniśmy też honorować jako polskich kombatantów rewolucjonistów kubańskich. Kiedyś identyfikowano komunizm z polską racją stanu i niektórzy nie potrafią już inaczej myśleć.

Niestety, wciąż się zdarza, że w tej samej miejscowości stoją z jednej strony upamiętnienia ku czci żołnierzy wyklętych, a z drugiej alowców. Przecież to niedopuszczalne relatywizowanie przeszłości...
- Gwardia Ludowa czy Armia Ludowa z pewnością nie były polskimi organizacjami niepodległościowymi. To oczywiste, wystarczy wiedzieć, kto utworzył te organizacje i dlaczego. Oni nie uznawali legalnego rządu polskiego, naczelnego wodza, propagowali rozbiór Polski, aneksję połowy Polski na mocy traktatu Ribbentrop - Mołotow. To były zwykłe jaczejki sowieckie sterowane przez NKWD. Według prawa polskiego, a także prawa międzynarodowego, byli zdrajcami. Oczywiście w tej ocenie nie chodzi o tych prostych chłopaków z różnych oddziałów, którzy często mieli najlepsze chęci i dla których liczyło się to, kto pierwszy dał im karabin. Nikt ich nie będzie potępiał. Co innego, gdy taki alowiec później został kapitanem UB, co niestety następowało gremialnie. To już zmienia postać rzeczy.

Polski parlament potępił i zakazał propagowania zarówno hitleryzmu, jak i komunizmu...
- Proces czyszczenia przestrzeni publicznej, a także naszego myślenia z reliktów komunizmu to nie jest prosta sprawa. Wywołuje ogromny opór całych pokoleń komunistów. Do dziś bronią się przed uznaniem zdrady narodowej kierowniczych gremiów PZPR, sekretarzy, członków KC, wysokich urzędników wybieranych z klucza partyjnego, którzy przecież mają się nadal bardzo dobrze, często są politykami, nadal piastują wysokie urzędy w państwie, nierzadko są "autorytetami", uczą społeczeństwo demokracji i tolerancji. Bardzo głośno jest teraz o zbrodniach komunistycznych i działalności służb specjalnych PRL. Ale znacznie ciszej mówi się o tych, dla których "pracowały" UB, a potem SB. Wyjaśnienie, odkłamanie historii to proces długotrwały. Tu trzeba stworzyć odpowiedni klimat społeczny. Właśnie temu ma służyć stawianie pomników, nauka patriotyzmu w szkołach, a przede wszystkim w rodzinach.

Inicjatorami pomnika Żołnierzy Wyklętych są uczestnicy rajdu Szlakiem Żołnierzy Majora Łupaszki organizowanego przez gdański IPN. To bardzo ciekawy sposób popularyzacji historii.
- Wspaniały. Właśnie o takie działania, oprócz oczywiście programowej edukacji szkolnej, chodzi. Pochwalę się, że ja też mam pomysł interesującego przekazania wiedzy historycznej i zacząłem już wcielać go w życie. Jak dobrze pójdzie, to w Lublinie wyjdzie pierwszy informator "Miejsca pamięci". Otóż po 1990 r. wiele z wydarzeń i osób działających w podziemiu niepodległościowym jest już upamiętnionych w formie mniej lub bardziej udanych pomników czy tablic. Niestety, interesują się tymi miejscami głównie wymierający uczestnicy tych wydarzeń. Wiele wzniesionych z ogromnym wysiłkiem społecznym obiektów może z biegiem czasu zatracić - nawet już zatraca - swoje funkcje upamiętnienia przeszłości i edukacji historycznej. Chodzi o stworzenie planu tych miejsc z krótkim opisem, czego dotyczą. Dzięki temu powstanie przewodnik pomocny w organizowaniu wycieczek, rajdów, tras turystycznych szlakiem tych miejsc. Powinien on być dostępny w szkołach, w punktach informacji turystycznej. Żeby turysta, który zjawi się w naszym regionie, miał do dyspozycji nie tylko szlaki turystyczne dotyczące obiektów zabytkowych czy upamiętniających mniejszości narodowe żyjące w Polsce, ale również mógł przejść się szlakiem prawdziwego polskiego czynu zbrojnego z okresu II wojny światowej i późniejszego komunistycznego zniewolenia. Szczerze mówiąc, do tego pomysłu zainspirowały mnie wycieczki z Izraela zwiedzające lubelskie Stare Miasto. Każdy z uczestników trzyma w ręce książeczkę-przewodnik po hebrajsku i angielsku. Czas, aby polska młodzież, a przydałoby się to także wielu dorosłym, poznawała naszą historię w ten właśnie sposób.

Na jakim etapie realizacji jest ten pomysł?
- Związek Żołnierzy NSZ opracował już wzorcowy projekt takiej publikacji. Otwarta jest jeszcze sprawa znalezienia sponsorów. To niestety kosztuje. Choćby pojechanie i odwiedzenie tych wszystkich miejsc, sporządzenie dokumentacji topograficznej, fotograficznej, historycznej. Ale obok budowy pomników jest to kolejny sposób docierania do społeczeństwa z wiedzą o podziemiu niepodległościowym w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad ukazał się w "Naszym Dzienniku", nr 160(2873) z 11 lipca 2007.